fbpx

Chodziłam do szkoły w czasach, gdy od początku stawiano oceny.  Dostałam czwórkę, bo zrobiłam w dyktandzie błąd ortograficzny, pisząc jagody przez „i”, czyli iagody. Nauczycielka podkreśliła wyraz dwiema czerwonymi liniami i wystawiła ocenę dobrą. Rozpłakałam się. Nikt wcześniej nie wytykał mi błędów. Podszedł do mnie mój kolega Robert i spytał, dlaczego płaczę. Roześmiał się, gdy usłyszał odpowiedź.

– Ja bym się cieszył z czwórki! – odparł.

Pomyślałam, że sama widocznie mam inaczej. Dla mnie ten błąd to wstyd. Nic innego nie pamiętam z tego dyktanda. Nie pamiętam pozostałych wyrazów, które przecież napisałam prawidłowo. Tylko te czerwone linie i poczucie, że coś mi nie wyszło.

Tatiana Ivanko, właścicielka bloga parentingowego, ujawniła światu jej sposób nauki w domu z dzieckiem. Nazwała go metodą „zielonego ołówka”. Pracując z córką, podkreślała kolorem zielonym najlepszą wersję wykonywanego przez nią ćwiczenia. Kiedy rysowały szlaczki, wybierała najładniejszy, tak by dziewczynka zapamiętała dwie rzeczy: wygląda świetnie; śmiało kopiuj, bo to już umiesz. Wyobrażam sobie, jak wyglądałoby moje dyktando sprawdzone tą metodą. Kilkanaście dobrze napisanych wyrazów i jeden, samotny, bez zielonego podkreślenia. Widzę, że coś jest nie tak, ale przeważa poczucie, że umiem już naprawdę sporo, a ten jeden błąd łatwo będzie naprawić.

Metodę „zielonego ołówka” można zastosować we wszystkich dziedzinach życia, nie tylko w procesie nauki. Wyobraź sobie relacje w twoim miejscu pracy, gdybyście wspólnie skupiali uwagę tylko na tym, co naprawdę dobre i doskonałe. A w relacjach domowych? W znienawidzonych przez obie strony awanturach o porządek w pokoju? Nasze dzieci nauczone systemu kar i nagród oczekują od nas zajęcia stanowiska. Pokazują nam rysunek i pytają: – Ładny? Zwykle odpowiadamy: – Cudowny… Choć czasem nie wiemy, co na nim jest. Wtedy naburmuszony maluch potrafi wykrzyczeć: – Wcale nieładny, mnie się nie podoba, tobie też się nie podoba – tylko tak mówisz!!! I dramat gotowy. Innego dnia na to samo pytanie próbujesz odpowiedzieć szczerze: – Dziecko, nie wiem, co jest na tym rysunku, potrafisz zrobić ładniejszy. I dramat znów gotowy. – Tobie się nigdy nic nie podoba!!! – słyszysz w odpowiedzi. Lub coś w tym stylu. Biedny rodzic czuje się całkowicie zagubiony, chciałby dać dziecku to, czego ono potrzebuje, a sam wychowany w systemie kij/marchewka uważa, że pozostały mu tylko te dwie drogi. Jeśli masz właśnie taki okres w życiu twojej rodziny, spróbuj, zamiast oceniać, zapytać: – A co ty o tym myślisz? Zaskoczone dziecko powinno ci wszystko opowiedzieć – jego własne przemyślenia, odczucia. A gdyby się okazało, że cała praca jest według niego beznadziejna, to zamiast zaprzeczyć tym wrażeniom, poproś, żeby zakreśliło zieloną pętlą choć jedną rzecz, która mu naprawdę wyszła, z której jest dumny. To samo możemy zastosować w przypadku naprawdę dobrej pracy, żeby dziecko samo się oceniło, co w tym całościowo dobrym wysiłku było, jego zdaniem, wybitne.

Pomagam pewnej małej dziewczynce w odrabianiu lekcji. Miała napisać kilkuzdaniową wypowiedź na zadany temat. Wzięła brudnopis i przygotowała swoją pracę, a potem dała mi ją do sprawdzenia. Odruchowo chciałam sięgnąć po jakiś wyraźny kolor, najlepiej czerwony. Chwilę później wzięłam zielony flamaster i podkreśliłam wszystkie prawidłowo napisane wyrazy w tym małym wypracowaniu. Była w szoku. – Co to znaczy, Ciociu? – To znaczy, że te wszystkie wyrazy umiesz napisać prawidłowo. – Aż tyle? – Tak. – A co z tymi bez podkreślenia? – Tych potrzebujesz się nauczyć. Spójrz na nie jeszcze raz i poszukaj, gdzie zrobiłaś błąd.

Sprawdziłam, to działa!!! Ty również sprawdź. Zacznij od najtrudniejszych kwestii, z którymi do tej pory najtrudniej było ci się uporać. Pilnuj siebie, bo zostałeś wychowany przez szkołę z czerwonym długopisem, szkołę, która stawiała piątki za bycie bezbłędnym, a nie genialnym. Odwrócenie swojego ukierunkowania ze słabości na mocne strony wymaga dużej dyscypliny i wiary w to, że naprawdę warto. To może być droga dłuższa niż przez karanie, ale efekty są dużo trwalsze.

Kiedy zatrzymuje cię drogówka, raczej nie zastanawiasz się, jaki mandat dostaniesz – dobry czy zły. Podobnie było w Richmond, gdzie recydywa sięgała 65% i rozkręcała się spirala przestępczości nieletnich. Aż do czasu młodego komisarza Warda Claphama. Zastanawiał się, co by było, gdyby zamiast skupiać się po prostu na łapaniu przestępców i surowszym ich karaniu, policja zaangażowała środki i wyeliminowała kryminalne zachowania przed ich wystąpieniem. Z tego toku myślenia zrodził się pomysł „pozytywnych mandatów”. Policjanci, oprócz karania młodych ludzi za przestępstwa, starali się przyłapać młodzież na robieniu czegoś dobrego. To były drobne rzeczy: wrzucenie śmieci do kosza zamiast obok, jeżdżenie na deskorolce w miejscu do tego przeznaczonym, przychodzenie do szkoły na czas itp. „Pozytywny mandat” można było wymienić na małą nagrodę, bilet do kina czy na występ w domu kultury. Chodziło o to, by gratyfikacja trzymała młodych ludzi z dala od środowiska generującego kłopoty. Jesteś ciekawy wyników tego eksperymentu? Po dziesięciu latach wskaźnik recydywy spadł z poziomu ponad 60% do 8%.

Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś wprowadził „pozytywne mandaty” w swoim domu. Dzieciaki bardzo chętnie przyjmują wszelkie pomysły na „gry” domowe. Nasze duże pociechy wspominają awantury o porządek w pokoju jako traumy z dzieciństwa. Tak, były awantury, kary, konkursy, różne metody z mądrych gazet (czasy przedinternetowe). A bałagan, jak był, tak pozostał, miał się nawet całkiem dobrze. Któregoś dnia zaczęłam zastanawiać się, dlaczego on tak strasznie mnie denerwuje. Uświadomiłam sobie, że odbieram to jako osobistą porażkę – nie nauczyłam dzieci porządku. Odczułam ogromną presję, że to najwyższy czas, żeby już umiały sprzątać i układać swój świat, i że jeśli odpuszczę, „zmarnuję” je. Wróciłam wspomnieniami do mojego dzieciństwa i stanęła przede mną mama niezadowolona z tego, że na krześle zawsze wisiały ubrania, a odrabianiu lekcji towarzyszył stos książek na biurku. Pamiętam, jak wtedy nie zależało mi na tym, by rzeczy wisiały w szafie, a te wszystkie książki były potrzebne, wręcz koniecznie musiałam mieć je pod ręką. Gromadziłam w sobie w trakcie tych pogadanek całkiem sporą dawkę nieciekawych emocji wobec mamy. Wiele lat później stałam tak na środku pokoju naszych dziewczynek, który wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado, i uświadomiłam sobie, że jestem jej kopią. Dotarło do mnie, że to moje emocje, ale nie mój pokój. W całym domu panował porządek. Dzieci wiedziały, że zabawki na koniec dnia lądują w ich pokoju i mimo trójki maluchów w naszej wspólnej przestrzeni było czysto i schludnie. Tego dnia postanowiłam całkowicie odpuścić. Zapowiedziałam dziewczynkom, że ponieważ nie lubię bałaganu, nie będę wchodziła do ich zagraconej przestrzeni, ale możemy się spotkać w naszej czystej sypialni, salonie czy kuchni. Oświadczyłam, że od tego dnia nie będzie awantur o bałagan i dopóki same nie dojrzeją, że warto zadbać o swoje otoczenie, ja nie powiem ani słowa. Czasami zapraszały mnie dumne, mówiąc: – Mamuś, dziś jest czysto, dziś możesz nas odwiedzić. Tych „czystych” chwil było coraz więcej. One wiedziały, jak wygląda takie otoczenie, potrzebowały tylko dorosnąć. Mówię o naszych córkach z wczesnego etapu szkolnego. Co ciekawe, kiedy same dorosły do czystości, już z niej nigdy nie zrezygnowały. Mamy za sobą trzy okresy dojrzewania i żaden nie objawiał się „pokojem nastolatka”. Jeśli masz w domu nastolatka, który jeszcze nie dorósł, odpuść. Umówcie się na porządek we wspólnej przestrzeni, a jego osobistej nie komentuj. Zwykle bałagan w pokoju jest odzwierciedleniem bałaganu w głowie. Wejdź do środka, pomyśl, jaki galimatias ma w życiu ten młody człowiek, i po prostu go przytul, zamiast robić awanturę. A gdy nagle sam z siebie zacznie sprzątać (może to być objaw zbliżającej się trudnej klasówki), użyj metody „zielonego ołówka” albo „pozytywnego” mandatu. Obserwuj reakcję i oczekuj dużej zmiany. Na pewno nadejdzie, zawsze nadchodzi.